|
Ukraina przez stulecia pozostawała pod polską dominacją. Nasza wspólna historia obfitowała w różne momenty, choć, niestety, wyróżniającą się jej cechą była głupota. Na naszej głupocie korzystali sąsiedzi, celowo podsycając napięcia, prowadząc taką politykę, by między Ukraińcami i Polakami nie było zgody.
abp Lubomir Huzar
Konflikt polsko-ukraiński z lat 1943-1948 był jednym z najkrwawszych i najokrutniejszych konfliktów etnicznych XX wieku. Pamięć trójstronnego konfliktu Armia Krajowa - Ukraińska Powstańcza Armia - komunistyczny aparat ucisku nakazuje rzetelne rozliczenie tego niezwykle trudnego okresu. U podstaw konfliktu leżało zjawisko, które przyniosło Polsce katastrofalne konsekwencje - utożsamienie spuścizny kulturowej I RP z narodem polskim. Przed rozbiorami słowo "Polska" miało znaczenie zbliżone do "Wielka Brytania" - w ramach której mamy Anglików, Szkotów, Walijczyków i Irlandczyków. Czym innym jest Polska teraz - monokulturowa, a nie wielokulturowa, praktycznie bez mniejszości narodowych, scentralizowana. Hetman Konaszewicz-Sahajdaczny był Kozakiem, ale jednym z większych bohaterów Polski przedrozbiorowej. Chodkiewicz był Rusinem, do tego kalwinem, a prawa roszczą sobie też Litwini (Mickiewicz też ma ten problem). Słowacki pisał o hetmanie Mazepie i Wernyhorze. Polskość przedrozbiorowa - to pojęcie państwowe, po 1918 roku, a definitywnie po 1945 - narodowe. Między innymi z tej przyczyny polska polityka wobec mniejszości była tragiczna, trzeba to sobie otwarcie powiedzieć. Przede wszystkim - niezdecydowana. Przypisanie sobie pozycji dominującej i całości dorobku kulturalnego wielotnicznego państwa z przeszłości niosło za sobą poczucie dyskryminacji. Należy też pamiętać, że młode Państwo Polskie przemocą odebrało Litwie Wilno i podbiło młodą Zachodrioukraińską Republikę Ludową. Nie odbyło się to, niestety, bez zbrodni wojennych. Wojsko polskie we Lwowie dopuściło się pogromu antyżydowskiego, ponadto we wspomnieniach przewijają się lakoniczne wzmianki o pacyfikowaniu ukraińskich wsi, vide W.T. Drymmer, "W służbie Polsce". Ale o masowości zjawisk trudno coś powiedzieć. Do tego polska polityka wobec mniejszości w okresie międzywojennym raziła niekonsekwencją i nieporadnością. Obok pacyfikacji wsi ukraińskich w 1930 roku, walki z OUN i przejmowania cerkwii w 1938 roku - eksperyment wołyński, próba do doprowadzenia stosunków miedzy narodami do jakiejś normy. Należy pamiętać, że Ukraińcy czuli się gorzej w II RP niż w Austro-Węgrzech - zabrano im Uniwersytet we Lwowie, ukraiński przestał być językiem wykładowym na Politechnice, zmniejszyła się (i to znacznie!) liczba szkół z tym językiem. Rzadko kiedy Ukraińcy byli sołtysami, czy wójtami - a przecież bywały i tereny, gdzie stanowili 90% ludności. Niezależnie od wielkiego dorobku II RP, to jednak to zagadnienie to wielki błąd i klęska. Z perspektywy czasu widzimy, że tylko i wyłącznie porozumienie polsko-ukraińskie było wtedy wyjściem z sytuacji. Ale że do niego nie doszło, to trudno winić polityków. Zastali sytuację, z którą mało kto umiałby sobie poradzić. Bo jak rozdzielić w 65% procentach polskie Lwów, Stanisławów czy Tarnopol od w 65% ukraińskich okolic? A koncepcja pokoju z okresu wojny polsko-ukraińskiej - tzw. linia Berthemely'ego, ze Lwowem, Drohobyczem i Borysławiem po polskiej stronie, nie została przez ZURL przyjęta. I trudno się dziwić - państewko z Łuckiem, Tarnopolem i Stanisławowem byłoby dziwnym tworem... Ujmując sprawę "makiawellicznie", mimo wszystko za eskalację napięcia w okresie międzywojennym odpowiedzialna była bardziej polska polityka: a to dlatego, że była prowadzona zupełnie bez głowy. W Rumunii i w Sowietach zwłaszcza traktowano Ukraińców bardzo okrutnie - ale tam elementom skrajnym przetrącono kręgosłup (razem z całym narodem, niestety). W Polsce zaś, gdzie po pierwsze odczucia nacjonalistyczne były najsilniejsze, po drugie zaś za ruchem ukraińskim stała długa tradycja liberalnych względnie na tym terenie Austro-Węgier, nie zdecydowano się ani na całkowite odpuszczenie, ani na całkowite rozbicie ruchu nacjonalistycznego. Pacyfikacje Wołynia, odbieranie cerkwii i ogólna dyskryminacja przynosiły poczucie krzywdy ogółowi społeczeństwa, nie zrobiono jednak wiele, by rozbić nacjonalistów. Wręcz przeciwnie, takie działania tylko im w istocie pomagały. Nie znaczy to, że należy popierać metody radzieckie (głodzenie na śmierć milionów ludzi), ale, w niektórych sytuacjach trzeba zdecydować. Albo trzeba było dać Ukraińcom duże swobody tak, żeby sami nacjonalistów odrzucili jako elementy skrajne, a jak już się wzięliśmy za sankcje, to trzeba było je doprowadzić do końca. Mielibyśmy wtedy złą etykietę, ale z pewnością ofiar byłoby mniej, niż na Wołyniu i na Chełmszczyźnie po obu stronach. Wbrew pozorom, przez bardzo długi czas nie można było jednoznacznie określić przynależności etnicznej poszczególnych obszarów. Chociaż podstawą do rozważań powinny być tu wyniki spisów powszechnych odpowiednio z 1921 i 1938 roku, to nie dają one jasnej odpowiedzi. Niekiedy wyznanie i język nie odpowiadały poczuciu przynależności narodowej. Byli rzymscy katolicy mówiący po rusku, uważający się za Polaków. Byli i grekokatolicy, mówiący po polsku i mieniący się Polakami. Jak i rzymscy katolicy uważający się za Ukraińców. Doprowadziło to do wielu tragicznych sytuacji i konieczności opowiadania się po czyjejś stronie, by uniknąć rychłej śmierci. Jeden z wielu paradoksów miał miejsce, gdy w 1946 roku LWP goniąc oddział UPA zamordowało w Dobrej Szlacheckiej 26 osób mówiących po ukraińsku, wyznających rzymski katolicyzm i uznających się za Polaków. Takich sytuacji było o wiele więcej.
Antypolska akcja OUN-UPA była pierwszym stadium dramatu. Po części, niestety, była ona naturalną konsekwencją powołania przez Organizację Ukraińskich Nacjonalistów (OUN) Ukraińskiej Powstańczej Armii (UPA). Tradycyjnie przyjmuje się, że UPA powstała 14 października 1942 roku, choć już wcześniej istniała formacja o tej nazwie, choć nie związana z OUN. W lutym 1943 roku na III Zjeździe OUN podjęto decyzję o "usunięciu" Polaków z ziem etnicznie ukraińskich. Tak bowiem chciała doktryna integralnego nacjonalizmu ukraińskiego Dmytro Doncowa. Tu często pada pytanie: co ma znaczyć owo "usunięcie". Ewa i Władysław Siemaszkowie w monumentalnym "Ludobójstwie dokonanym przez ukraińskich nacjonalistów na ludności polskiej Wołynia" udowadniają, że UPA uciekała się do podstępów, w celu uzyskania zaskoczenia, m.in. do zmuszania ludności polskiej do pozostawania na swoim terytorium - ucieczka miała być traktowana jako zdrada. Vide "Antypolska akcja..." i "Ludobójstwo...", które już cytowałem. UPA nie dawała czasu na ucieczkę z miejsc rzezi, a często namawiała do pozostania, by móc swoje krawe dzieło zrealizować. Wychodzono bowiem z założenia, że powracający z wygnania mogą ciągle mieć jakieś roszczenia. Sposób mordowania ludności cywilnej, wymyślne tortury, wielogodzinne konanie i niszczenie "do ziemi" wszelkich pamiątek polskości do dziś budzą przerażenie.
Powtarzana niekiedy teza o powszechnym popieraniu UPA przez kościół grekokatolicki jest co najmniej ryzykowna - znów vide "Ludobójstwo". Opisane są tam przypadki pomocy udzielanej przez unickich kapłanów Polakom i ich mordowanie przez UPA w przypadku wykrycia tego procederu lub odmowy współpracy. Znane są też przypadki wykupywania całych wsi z rąk UPA przez tychże - vide "Polska - Ukraina. Trudna odpowiedź. Dokumentacja spotkań historyków (1994-2001). Kronika wydarzeń na Wołyniu i w Galicji Wschodniej (1939-1945)". Siemaszków trudno podejrzewać o ukrainofilizm. Niejednoznaczna była rola Andrzeja Szeptyckiego (Andrija Szeptyćkiego), metropolity lwowskiego kościoł greko-katolickiego, któremu uzasadnienie zarzuca się kolaborację z Niemcami. Lektura jego listu pasterskiego z 1944 roku, pokazuje wprawdzie, że wzywał do zaprzestania rzezi, ale nigdy UPA wprost nie potępił. Istnieją jednak potwierdzone przypadki święcenia broni przez księży grecko-katolickich.
UPA, o czym też nie wie się w Polsce, w ciągu okresu swojego aktywnego istnienia (przyjmijmy okres 1942-1954) zamordowała również ok. 30 tys. Ukraińców - w tym znakomitą większość w pierwszym, najbardziej aktywnym okresie swojego istnienia. Należy więc pamiętać, że z pewnością nie była ona reprezentacją całości ukraińskiego społeczeństwa, nawet na Zachodniej Ukrainie. Z pewnością jednak antypolska akcja (na Wołyniu przynajmniej, potem można ewentualnie dyskutować) była odgórnie sterowanym procesem. Trudno uwierzyć, że 11 lipca 1943 ni z tego, ni z owego 169 oddziałów UPA dokonało napadów na polskie wsie. Smutnym paradoksem przy tym jest to, że striłcy (żołnierze UPA) jako tacy nie dokonali wtedy zbyt wielu morderstw, ale podpuszczony przez nich lud - często sąsiedzi, członkowie mieszanych rodzin...O ile sam rozkaz przeprowadzenia akcji antypolskiej się nie zachował, to istnieje pośredni dowód w postaci rozkazu "Sydora" (Wasyl Szełest) z 1 września 1944, w którym nakazywał on "wstrzymać masowe akcje antypolskie". Nie wydaje wyroków za jakieś ekscesy, tylko wstrzymuje akcje. To bardzo charakterystyczne. W mordach wołyńskich zginęło raczej 60 tys., a nie 600 tys. ludzi, jak niektórzy chcą, a w całej antypolskiej akcji OUN/UPA (po rozciągnięciu na Galicję Wschodnią) - ok. 100 tys. To i tak ogromna liczba ofiar nieludzkiego sadyzmu, ale nie należy dowierzać skrajnym liczbom. Na Wołyniu w 1938 roku w sumie mieszkało w najlepszym wypadku 250 tys. Polaków, z czego część jednak przeżyła, a znaczna część padła ofiarą terroru stalinowskiego. W niczym to nie zmienia tego, że w Porycku, Hucie Stepańskiej, Janowej Dolinie, Przebrażach i wielu, wielu innych miejscowościach miały miejsce iście dantejskie sceny szatańskiego okrucieństwa. Oczywiście, tam gdzie Ukraińcy mieli przewagę liczebną, los polskiej ludności był przesądzony. Wkrótce okazało się jednak, że Ukraińcy mieszkający na terenach z przewagą ludności polskiej również mieli doświadczyć tragedii. Co w takich sytuacjach naturalne, polskie formacje partyzanckie podjęły działania odwetowe, głównie na Chełmszczyźnie i Hrubieszowszczyźnie. Ukraińcy niekiedy usiłują przypisać tym faktom pierwszeństwo i traktować wydarzenia wołyńskie jako retaliację, ale faktem jest, że było odwrotnie. Ok. 500 zabójstw, czy raczej wyroków Polskiego Państwa Podziemnego, jakie wykonano na osobach ukraińskiego pochodzenia w latach 1939-1943 nie miało w sobie nic z antyukraińskiego działania. Było nie było, Ukraińcy byli obywatelami polskimi, z czego część z nich skwapliwie skorzystała w 1945, dzięki czemu po dostaniu się do niewoli nie zostali wydani ZSRR. Podlegali zatem takim samym prawom, jak inni obywatele II RP. Niestety, AK zdarzały się krwawe ekscesy i mordy na ludności cywilnej, w czym należy naszą zasłużoną podziemną organizację odbrązowić. Nie była to zorganizowana akcja przeciwko ludności ukraińskiej - jednak partyzantce polskiej również zdarzały się takie wypadki. Wyraźnie podkreśliłem różnicę między dowództwem AK, które potępiało takie akcje, niekiedy niestety nieskutecznie, a dowództwem UPA, które te akcje prowadziło. Dość dobrze jest to widoczne w przypadku zdobycia przez AK i BCh miejscowości Sahryń, gdzie doszło do rzezi na ludności ukraińskiej. Zginęło tam ok. 800 osób wg świadectw polskich, 2 tys. według ukraińskich. Dowódcy AK i BCh wydali kilka wyroków śmierci dla własnych żołnierzy za te krwawe ekscesy. To, oczywiście, stawia ich w pozytywnym świetle w porównaniu z dowództwem UPA, gdzie takie przypadki się nie zdarzały. Notabene, w szczytowym momencie UPA w Polsce w granicach z 1945 liczyła 2,5 tys. żołnierzy. Gdyby w Sahryniu zamordowano 800, banderowców, żołnierzy UPA, byłaby to gigantyczna klęska tego ugrupowania - 1/3 stanu osobowego! Musiało zatem chodzić o ludność cywilną. Wariant skrajny (2 tys.), pochodzący od miejscowego księdza grekokatolickiego, należy chyba uznać za przesadzony. Prawda jest taka, że bez ekshumacji tam, ale i w Mirczach, Masłomęczu i kilku innych miejscowościach nigdy nie dojdzie się prawdy. Walki między partyzantką polską i ukraińską na wschodniej Lubelszczyźnie były bardzo zacięte. UPA na Hrubieszowszczyźnie była b. silna, o linii frontu niemalże między AK i UPA można poczytać w "Partyzanckim Kraju" i "Łunach nad Huczwą". W ich toku spalono 52 wsie - robiły to jednak polskie oddziały. Niestety, w tej sytuacji mówienie o likwidacji punktów oporu UPA brzmi nieprawdopodobnie - jakiej wielkości oddziały mogłyby być tak rozproszone? Musi to oznaczać śmierć kilku tysięcy ludzi. Należy jednak ciągle pamiętać, że to i tak ułamek liczby ofiar polskich na Wołyniu. Skala nie osiągnęła rozmiarów ukraińskich, ale które pomijając okrucieństwo, co do swej istoty niewiele się te sprawy różniły. Przemoc w Bieszczadach zaczęła się od zamordowania 42 Polaków w Baligrodzie. Mimo to, wbrew utartym opiniom, wydarzenia miały tam stosunkowo najmniej krwawy przebieg. Po przejściu frontu, w granicach poczdamskich zginęło w Polsce poniżej tysiąca cywilnych Polaków - to niewielki procent tego, co działo się za Sanem i Bugiem. Ponieważ propaganda komunistyczna chciała wykorzystać fakt ukraińskiego ludobójstwa, a nie mogła pisać o polskości na Wołyniu i w Galicji Wschodniej, przeniosła skalę wydarzeń w Bieszczady. Prawdą jest, że Ukraińcy palili tam wsie, ale te, z których wysiedlono ludność ukraińską, żeby nie mogli się w nich osiedlać Polacy. Morderstw było stosunkowo niewiele i stosunkowo mniej niż popełnianych przez NKWD, LWP i wszelkiej maści bezpiekę na tym obszarze. W Pawłokomie, Terce, Zawadce Morochowskiej, Dobrej Szlacheckiej, Lublińcach obu i Wierzchowinach ludność ukraińska nie dokonała zbiorowego samobójstwa. Stereotypy co do wydarzeń na Podkarpaciu biorą się głównie z niezwykle poczytnej w PRL powieści pułkownika Jana Gerharda, który walczył z UPA. Książka ta stworzyła mit, choć w wielu miejscach bardzo się mija z prawdą, np.: 1) nie wymienia zbrodni LWP w terenie; 2) przypisuje części zbrodni LWP UPA (np. opis wymordowania 30 rannych żołnierzy LWP w pułapce przez Chrina - w rzeczywistości Chrin kazał stracić 30 wziętych do niewoli żołnierzy LWP w odwiecie za spalenie swojego szpitala na Chryszczatej i wymordowanie rannych; jeńców nie ścięto toporem, jak chce Gerhard, pisząc o "ohydnych mlaskach topora", a rozstrzelano); 3) Gerhard jest często zwyczajnie niekompetentny, czego wspominany Chrin jest dobitnym przykładem, bo Gerhard go zwyczajnie nazywa "Hryniem", co jest błędem; 4) ciągle o "Chrinie": Stefan Stebelski nie był, jak chce Gerhard, garbatym karłem z niewładną ręką, mrukliwym i złośliwym; przed wojną był nauczycielem wf, więc siłą rzeczy musiał być sprawnym mężczyzną, ranny w rękę został już podczas walk w Bieszczadach. Ponadto cieszył się znacznym mirem wśród swoich podwładnych i miejscowej ludności łemkowskiej. Tak więc tu wydźwięk propagandowy w stylu "nasi to dobrzy i szlachetni wojownicy" a oni "to mordercy kobiet, niemowląt i starców" miał tu miejsce. Częściowo tylko usprawiedliwia Gerharda to, że prawdopodobnie przy pisaniu tej książki miał wytyczne, żeby jak najwięcej z obrazu wydarzeń wołyńskich odzwierciedlić, ale o Wołyniu nie wspominać. Ostatnim aktem konfliktu polsko-ukraińskiego była akcja "Wisła", czyli wysiedlenie ludności ukraińskiej z Podkarpacia i Lubelszczyzny. Była ona, jak się ostatnio okazało, planowana już wcześniej, ale ostatecznego pretekstu dostarczyła śmierć generała Karola Świerczewskiego pod Jabłonkami koło Baligrodu 28 marca 1947 roku. Wydarzenie to jest mocno zagadkowe. Podobno zrobił to jeden z pododdziałów sotni "Chrina". Tyle że parę rzeczy do siebie nie pasuje: 1. Świerczewski jadąc w Bieszczady miał powiedzieć córce, że chyba już nie wróci. Mogło to być tylko tzw. przeczucie, ale mogło też nie. 2. W ostatniej chwili zmienił trasę przejazdu (miało być Baligród - Komańcza - Cisna - Baligród, a nie Baligród - Cisna - Komańcza - Baligród). 3. Rana śmiertelna w ciele generała podobno spowodowana była od kłucia bagnetem, a nie strzelania, ale ta wersja jest krytykowana. 4. UPA, co jej się nie zdarzało, nie wykorzystała okazji (jak to miało kilka dni wcześniej w tym samym miejscu) i nie rozgromiła całkowicie przeciwnika, tylko po śmierci Świerczewskiego wycofała się. 5. Zdaniem niektórych, kierunek, z którego miało atakować UPA powodowało, że Świerczewski przez większość czasu był w "martwym polu" i nie mógł za bardzo oberwać. 6. Jeśli chodzi o pamiętnikarza, to chyba nie był to adiutant Świerczewskiego, a zastępca ppłka Gerharda (tego od "Łun w Bieszczadach"), który wtedy stał z jakimś oddziałem w Cisnej i któremu dziwne się wydało, że dzień wcześniej dzwoniono do niego z Baligrodu, że nazajutrz przyjedzie gen. Świerczewski z inspekcją. Rzecz w tym, że kable telefoniczne były notorycznie podsłuchiwane przez UPA, a wiadomość przekazano otwartym tekstem. Istnieje hipoteza, że komuchy wystawiły po prostu "Waltera" na odstrzał. 7. Co dziwne, UPA nie wiedziała początkowo, kogo zabiła. Dopiero potem zaczęła to odtrąbiać jako swój wielki sukces.
W efekcie przeprowadzono akcję przymusowego wysiedlania ludności ukraińskiej. UPA zostało tym całkowicie zaskoczone. W krótkim czasie przesiedlono z naturalnych siedzib ok. 150 tys. osób. UPA straciła naturalne oparcie w terenie i odtąd tylko kwestią czasu była jej anihilacja na obszarze Polski. Dokonało się to ostatecznie wiosną 1948 roku. Tak zakończył się konflikt, który kosztował życie ok. 100 tys. osób narodowości polskiej, ok. 10-15 tys. (szacunkowo) ukraińskiej i doprowadził do zniszczenia wspólnego dla obu narodów obszaru kulturowego, pozbawiając je części wspólnego dziedzictwa.
Ideologia Doncowa, która stała się filozofią OUN/UPA, nie miała tak wiele wspólnego z hitleryzmem, jak jej się przypisuje. Brała się z zupełnie innych założeń i tylko w objawach okazała się podobna, ale w dużym skrócie pisząc, ideologie faszystowskie krajów w przeważającej mierze agrarnych (Rumunia, Ukraina, Chorwacja) bardzo różniły się od "klasyków" gatunku (przemysłowe Niemcy i Włochy). Jedną z najważniejszych różnic był brak koncepcji "uebermenscha" (nadczłowieka) na przykład, drugą przywiązanie do wartości religijnych - to że w warunkach wojennych uległo to spaczeniu, to inna kwestia. Ideologia Doncowa i koncepcja wyższości narodu nad innymi formami życia społecznego była bardzo "biologistyczna" i rzeczywiście zakładała totalitaryzm w ramach narodu - "mniejszość" inicjatywna "twórczym przymusem" narzucała swoją wolę reszcie narodu. Narody zaś miały walczyć między sobą o przestrzeń do życia. Szczególną misją narodu ukraińskiego miała być obrona Europy przed Rosją. Zasadnicza różnica leży w tym, że nacjonalizm Doncowa nie miał cech rasistowskich i uniwersalnych. Antysemityzm nie wynikał z traktowania Żydów jako rasy gorszej, tylko jako internacjonalistycznego i anacjonalnego elementu rozpowszechniającego nadmierny, jego zdaniem, libertynizm. Ukraińcy, po wywalczeniu swojej niepodległości i przestrzeni, nie mieli według niego rządzić światem, eliminować fizycznie inne narody lub zmuszać je do poddaństwa. Zresztą, poglądy Doncowa ewoluowały tyle razy w trakcie jego długiego życia, że też trzeba brać poprawkę na różne jego etapy. Ad rem: ukraińscy nacjonaliści nie chcieli wyrżnąć czy zniewolić Polaków do nogi. Chcieli ich "tylko" usunąć z ziem, które uważali za swoje. Niestety, dramat polegał na tym, że w skomplikowanej sytuacji politycznej Ukrainy II wojny światowej doszli oni do władzy, a ich ideologia uległa ogólnemu zdziczeniu i zwyrodnieniu. Zaowocowało to potworną zbrodnią, jaką było wymordowanie niemal do nogi wszelkich mniejszości na Zachodniej Ukrainie.
Krótki wykład o nacjonalizmie Doncowa można znaleźć w artykule Tomasza Stryjka w publikacji "Antypolska Akcja OUN-UPA 1943-1944. Fakty i interpretacje", IPN, Warszawa 2003.
|